Poseł Kropiwnicki: Zdrowy rozsądek przede wszystkim

– Jednomandatowe okręgi wyborcze mają szansę dać polskiej polityce nową energię. Jest tylko jeden warunek: przy zmianie ordynacji wyborczej musimy zachować zdrowy rozsądek – mówi legnicki poseł PO Robert Kropiwnicki.

Zwolennicy wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych zapewniają, że uzdrowiłoby to polską politykę i odpartyjniło listy wyborcze. A co Pan o tym sądzi?
Niestety rzeczywistość nie jest tak różowa. W trakcie prac nad zmianami w kodeksie wyborczym, których byłem sprawozdawcą, wielokrotnie dyskutowaliśmy nad różnymi wariantami wyłaniania posłów. Analizowaliśmy też przykłady z innych państw, w tym ten o którym zwolennicy JOW-ów mówią najczęściej – Wielkiej Brytanii. Dlatego jako doktor nauk prawnych i konstytucjonalista muszę stwierdzić jasno: wprowadzenie „brytyjskich” JOW-ów w praktyce byłoby lekarstwem gorszym od choroby.


Dlaczego?

Spójrzmy na przykład majowych wyborów Izby Gmin, czyli brytyjskiego odpowiednika polskiego Sejmu. Zwycięska Partia Konserwatywna, zdobywając prawie 37% głosów, otrzymała ponad połowę wszystkich mandatów. Druga w wyborczym boju – Partia Pracy, otrzymała ponad 30% głosów i aż o 100 mandatów mniej. Prawdziwym kuriozum jest natomiast rezultat trzeciej co do zaufania wyborców Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa. Zdobyła 13% głosów i tylko jeden mandat! Myślę, że doskonale obrazuje to sposób, w jaki „brytyjskie” JOW-y zniekształcają wolę wyborców. Chyba nie chcielibyśmy wprowadzić tego w Polsce…


No dobrze, ale co z tym odpartyjnieniem, o którym mówią zwolennicy JOW-ów? Ich zdaniem, dzięki mniejszym okręgom, osobom spoza głównych partii łatwiej jest zdobyć poparcie wyborców i zostać parlamentarzystą.
Powróćmy więc do Wielkiej Brytanii. Zgodnie z wynikami powyborczych sondaży, na 650 miejsc w Izbie Gmin jedynie 23 przypaść miały tzw. kandydatom niezależnym, startującym bez partyjnego emblematu. Jak Pan sądzi, ilu ich ostatecznie zdobyło mandat?


Nie mam pojęcia…
Tylko jeden! I znów musimy sobie zadać pytanie… czy rzeczywiście o to powinno nam chodzić, poszukując właściwej ordynacji wyborczej?


Rozumiem więc, że jest Pan przeciwnikiem wprowadzenia JOW-ów w wyborach do Sejmu?
Niekoniecznie. Wprowadzenie JOW-ów rzeczywiście może dać polskiej polityce nową energię, ale tylko pod jednym warunkiem: że zachowamy zdrowy rozsądek. Osobiście opowiadam się za wprowadzeniem systemu podobnego do ordynacji niemieckiego Bundestagu. Tam połowę posłów wybiera się właśnie w jednomandatowych okręgach wyborczych, a drugą w systemie proporcjonalnym. Dzięki temu udaje się zachować zalety obu modeli, niwelując ich wady. Z jednej strony, posłowie wybierani w JOW-ach są zdecydowanie bliżej swoich wyborców, z drugiej – część wybierana w systemie proporcjonalnym gwarantuje, że ostateczne wyniki nie zniekształcą woli wyborców. Ostatecznie, wszystkie ważne grupy wyborców mają swoją parlamentarną reprezentację.


Myśli Pan, że w Polsce mogłoby się to sprawdzić?
Oczywiście. Okręgi jednomandatowe powinny mieć wielkość dwóch, trzech powiatów, w zależności od liczby mieszkańców. W Polsce jest 380 powiatów, czyli powinno na nie przypaść ok. 230 mandatów. Pozostałe 230 powinny być rozdzielone proporcjonalnie na listy okręgowe, które powinny mieć wielkość województw, oczywiście zgodnie z zachowaniem proporcji mandatów do ilości mieszkańców. To wstępna propozycja, którą należy rozważyć i dokładnie policzyć, ale jestem przekonany, że poprawiłoby to stan polskiej demokracji, ponieważ posłowie czuliby się bardziej związani z mieszkańcami, których przecież reprezentują.